Skip to content
Menu
Gazeta musi się ukazać logo
  • Pamiątken
  • Idea
  • Redakcja
  • Kontakt
  • Zdrapka
Gazeta musi się ukazać logo

Archiwa

Kategorie

pieśń wazonu, grafika Nasta Martyn

Bal 2025. Pieśń wazonu kruszonego telefonem

Opublikowano 1 lipca 202623 czerwca 2026

Nienawidzę miłych ludzi. Wprost nie znoszę. Patrz pan, ta blond pokręcona na przykład. Już się uśmiecha, ofiary szuka. I to, jak się nosi!

Zawsze ubrana w peniuar, jakby naga, ale całkiem ubrana. Szali piętnaście i wszystko w kwiaty. Jakby wiatr miała pod tymi kieckami. Myślisz, że taki to człowiek miły, czujesz się wyjątkowy, a potem odkrywasz, że to bycie miłym to ich sposób na traktowanie każdego. Upada wizja o nowej, dobrej relacji. Jesteś tylko zażenowany swoją naiwnością. Wokół ci, którzy już wiedzą. Bo znają przyczynę tych umizgiwań i moje położenie w pułapce. Tragiczne całkiem, ech!

To było tak: raz widzę, że sytuacja między nami się rozwija. Zainteresowana, jaki mój dzień, że ona o mnie tyle czytała, ciekawa, czy aby dyfteryja jaka nie dolega? Że ładny fular założyłem. I już to czuję. Jestem osaczony. Uśmiecham się jowialnie, a na jej słowa ledwo kiwam z uznaniem głową. Mówię panu, nienawidzę do najmniejszej mikrokrewki w najczulszym zaułku naczynek, ledwożyłki przy palcu. Jestem ofiarą, którą wysysa teraz, żeby okładać mnie tymi pociskami miłosierdzia.

Sytuacja zła. Myślę od kwadransa, żeby nalać sobie herbaty. Biję się z myślami, bo pewnie rozleję po stole. Oparzę tę na wózku, rozlegnie się lament. Wszyscy będą patrzeć. Pomyślą – co za chuj! Ona… już odczytała wszystkie strachy i z uprzejmością proponuje, że ma ochotę na herbatę i czy mi też nalać? Mdleję wewnętrznie, czarownica. Co teraz?! Odmawiam, bo przecież taki cały osaczony jestem, to przy filiżance ręce będą się trząść. Scena będzie. Jedyna rada, brać nogi za pas. Przepraszam towarzystwo i odchodzę z lobby w kierunku recepcji. Proszę o wydanie pokoju poza kolejką, mówię, że boli mnie głowa i potrzebuje sobie uciąć jour de fixe. Udaję, że to takie krępujące, bo mężczyźnie nie wypada mieć oficjalnej migreny. Ale chłop nie kuma. Miła już zorientowana, że coś się święci, że rękawica podjęta. Szybko mówię – głowa mi pęka, czy byłby pan uprzejmy dać mi pokój od razu, zanim grupa skończy herbatę? Dostaję pokój. Idę szybko. Przypominam sobie, że tak szybko idę, a przecież jestem stary. Zaczynam utykać, nie wiem właściwie czemu, to jakiś odruch, że stary, to musi kuleć. W dodatku cały dzień nuciłem Bacha. Więc utykam w tym rytmie. To mnie zdradziło ostatecznie!

Zamknąłem się w pokoju. Po kilku sekundach miła już w natarciu. Puka. Ja podchodzę do okna, patrzę na ogród i przybieram postawę Napoleona, w pozie stratega przekonanego, że to już victoria. Niestety, nie odpuszcza. Puka i mówi, że się niepokoi takim moim nagłym odejściem od stołu i czy może jakoś pomóc? Nie przewidziałem tego. Odpowiedziałem, że to tylko migrena, że sobie poradzę i dziękuję. Ona nie daje za wygraną, w przypływie bezradności mówi, że muszę otworzyć, bo ona chce być dla mnie miła. Toż jej odpowiedziałem całkiem grzecznie, jak na to wszystko: podziękuję, najmilsza, za twoje propozycje. Planuję zapadać w rozpacz, a to całkiem twórcze zajęcie. Początek czegoś wielkiego. W tym celu żeśmy się tu zjechali. Uciekam w rozpacz, a pani mi w tym przeszkadza. Ta znów swoje. Apeluję, niech pan przestanie! Niech pan nie pisze. Już jest tyle napisane. Wszędzie i zawsze ktoś coś pisze. Wystarczy być jakby pisarzem. I to nazbyt się już ceni. Kwili przy tym w panice, że muszę otworzyć, że chce mi się narzucać. Wtedy już z krzykiem mówię – a jużci, jędzo! Nie zamierzam się w tej twojej strategii udzielać. Będę tu siedział i koniec!

Potem słyszałem, że do lokatej ktoś podszedł i knuje razem z nią. Zacząłem się zastanawiać, jak to rozwiązać, a może by tak zwyczajnie, po polsku jej pogrozić? Żeby zrozumiała i się odczepiła. Zapytać może między wierszami. Czy wie, co jest bliżej niż na piędzi i czy się nie powinna zacząć bać tego? Ale nie, to za ostro. Zrobiłem to, co mi pierwsze przyszło na myśl. Rozejrzałem się przez okno po parku i krzyknąłem! Nie dociekaj, Leukonoe, do jasnej cholery! Zrazu odpowiedź z oddali przyszła: bo kociej mordy dostaniesz! Ktoś krzyknął trochę jakby piskliwym głosem, ale męskim. Rozległ się śmiech, a potem odszedł jak echo, przygasając. Jakaś grupka wagarowiczów z papierosami w pyskach miała całkiem dobrą zabawę dzięki moim wynurzeniom. Już było wiadomo, że za tym wszystkim stoi dwudziestolecie. Że to się wykluło między wojnami i dalej mnie ubija. W tym ta cała blond lokata. Od szkoły do teraz mi pokazuje, że chcę coś niby powiedzieć, ale zamiast mówić, jak się od zawsze mówiło, pieprzę dyrdymały. I jak tu wyjść z tego z twarzą? Ale nie, nie. Tak łatwo się nie dam. Panie, ja nigdy nie przegrywam. Wykorzystałem ich nieuwagę, gdy tak sobie spiskowali i próbowałem wyjść przez okno. Patrzę, a z piwnicy ksiądz wychodzi. No pleban, jak u mnie na wsi albo i nawet ten sam, co mi chrztu dawał. Łypie na mnie i mówi: Jonek, chopie, trzim sie gelyndra, bo slecisz. Pamiyntej (i wyjmuje jakiś papierek z kieszeni, zgnieciony i wymoczony, rozwija go i czyta: „wazon skruszon, a wydał pieśń, której nikt nie nagrał telefonem, bo telefonów jeszcze nie było”). No i puściłem się, spadłem mu pod nogi. Ten patrzy na mnie, mruknął: no żeś się niy trzimoł i żeś slecioł, a godołech ci, Jonek.

Do dziś nie wiem jak, ale wstałem, wróciłem do lobby, pewną ręką nalałem herbaty. Piłem, zacząłem niezobowiązująco konwersować, wiesz pan, z tą poetką, co na starość dostała Nike. I wtedy przychodzi lokata, cała zziajana, w szoku. Jakby to ona spadła z tego okna. Ale teraz to ja jestem miłością! Uprzejmie odsunąłem jej krzesło, zaproponowałem, aby spoczęła. Zapytałem – a jakże, udając zdziwienie – o powód tej kondycji, czy aby nie ma spadku humorów przy tym poziomie hektopaskali…. I co? Wpadła mięciutko w sieć i się nabrała. Coś tam czasem jęczała i zezowała, bo to jednak upadek i zgniecenie osobowości człowieka. Co się pan dziwisz.

Krystyna Resentyment

Krystyna Resentyment (tekst)

Różne miała losu koleje.
Z Gazetą zaczęła i z Gazetą skończyła.
Lecz ta jęła się znów ukazywać.
Krystyna na łamy wróciła.

Nasta Martyn

Nasta Martyn (grafika)

Kiedyś byłam ptakiem, to całkiem możliwe, bo moja mama mówiła, że ​​żyłam w kwiatach, szkarłatnych i niebieskich. Prawdopodobnie miało to też coś wspólnego z tyczkami, kwiatami, farbami. Właściwie nie pamiętam co. Zaczęłam wcześnie pisać i rysować, a potem nagle wzięłam igłę i zaczęłam przyszywać pióra do materiału, tworząc ptasi strój. Niektórzy mówią, że chcę uszyć sobie spadochron.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Warte uwagi

  • Facebook
  • Instagram
  • Grupa Brzuch
  • Główna
  • Instagram
  • Facebook
  • Polityka prywatności
©2026 Gazeta Musi Się Ukazać – Cyfrowy art-zin | Powered by SuperbThemes
Ta strona używa cookies. Czytaj więcejUstawienia cookiesZgadzam się
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these cookies, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are as essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may have an effect on your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
SAVE & ACCEPT