Przestrzeń była złotawa, falująca i pachniała suchym szelestem. Słońce skrzyło się w letnim zenicie, odbijając się w rudawych piórach bażanta. Od dawna był sam, tylko on i bezkresne łany poruszane powiewem nieskończoności. Jego oczy przypominały szklane kulki, które małe dzieci i starsi ludzie mylili z cukierkami. Spoglądał zza kłosów na nieznany mu leżący bezwładnie srebrno-szary obiekt, spod którego wyzierały zgniecione wąsy żyta. Kapitan Rice Cooker powoli uniósł powieki i spojrzał na błękit. Próbował zebrać obolałe myśli, ale niemal wszystkie zmieniły się w neuronalne myszy i rozbiegły w poszukiwaniu świeżego ziarna. Jeden z gryzoni popiskiwał coś na temat próbek jasnoniebieskości, które astronauta obiecał przywieźć ze swojej wyprawy. Cooker niewiele z tego zrozumiał, zwłaszcza że po chwili upojny widok bezchmurnego nieba przysłoniła mu lekko upiorna, czarno-czerwona upierzona głowa opatrzona solidnym dziobem. Kapitan z wrażenia, czy też może raczej z przerażenia, zerwał się na równe nogi, uwalniając sfatygowane rośliny. Jego ochrypły krzyk splótł się w jednotaktową symfonię z żałosnym skrzeczeniem spłoszonego ptaka, który wzbił się na niewielką wysokość, muskając barwnym ogonem szumiące kłosy. Niespodziewane poruszenie obudziło nawet znudzoną południcę z sąsiedniej wyspy, pozbawioną zajęcia przez dojmującą bezludność. Od dłuższego czasu miała ochotę kogoś postraszyć, ale nic z tego nie wyszło, zwłaszcza że znowu wyręczyło ją to przeklęte ptaszysko. Mimo to pomachała energicznie do nieznajomego, szczerząc w uśmiechu szpiczaste ząbki, ostre jak źdźbło świeżej trawy. Widok ten uspokoił nieco kapitana. Wiedział, że wylądował we właściwym miejscu.
Diwyspa Pszen-Żyto od dawna fascynowała Cookera i innych adeptów Akademii Ozimińskiej, jak również studentów z konkurencyjnej Wyższej Szkoły Jarej. Niejeden z nich marzył, by na corocznych dożynkach mających na celu zacieśnianie więzi między uczelniami oraz wymianę doświadczeń w atmosferze zdrowej rywalizacji, zaprezentować niezbity dowód raz na zawsze rozstrzygający spór między zwolennikami teorii starożytnych kosmitów i zwolennikami hipotezy nowożytnej. Co do jednego byli zgodni – dryfujący w rozgrzanych latem przestworzach, muskany ciepłym wiatrem konglomerat wysp Pszen i Żyto niewątpliwie powstał w wyniku działalności ufonautów. Nie wiedziano jednak, czy były to prastare ufoki z floty podniebnych trirem czy też raczej wystrojeni w wykrochmalone kryzy transplanetarni odkrywcy przemierzający zenit na pokładach nawietrznych galeonów. Zarówno Pszen, jak i Żyto porastały misterne zbożowe formacje, które jednym przypominały doskonale zaprojektowane antyczne labirynty, drugim zaś misterne ornamenty zdobiące fasady świątyń późniejszej epoki. Jedyną formą życia wykrytą przez naukowców był właśnie ów bażant, który przyprawił Cookera o atak paniki. Co do południcy, to owszem, wielu raportowało jej obecność, podkreślając jednak niepewny status ontologiczny, próbując ochronić racjonalizm podgryzany przez tajemnicę niczym świeża kasza przez wołki zbożowe. Nieumiejętność oszacowania wieku zwierzęcia również skubała drobne kęski, wypluwając jedynie puste łuski niezrozumienia.
Kapitan, jeszcze za czasów studenckich, nieśmiało sugerował, że może to wcale nie jest bażant, ale profesor tylko się zirytował, twierdząc, że pola uprawne to typowe środowisko ich żerowania i że o pomyłce nie może być mowy. Niezrażony kategorycznym odrzuceniem tej tezy przez wykładowcę, młody Rice wyraził przypuszczenie, że to, co zaobserwowano na powierzchni wysp, ma niewiele wspólnego z klasyczną agrokulturą. Te śmiałe supozycje tak bardzo rozsierdziły nauczyciela, że odesłał Cookera do biblioteki, zalecając ponowną lekturę Otrębusa Starszego. Rice czytał dokładnie wszystkie jego pisma, zanim jeszcze trafił do akademii. Znał je niemal na pamięć, podobnie jak traktaty Ryżona z Łandawy oraz rozprawy Otrębusa Młodszego. Wszystkie te dzieła łączył motyw atoli anatomicznych często tratowany przez wykładowców jako niewiele znaczące, lecz efektowne aliteracyjnie poetyckie imaginarium, które należy odsiać od rzetelnych obserwacji.
Futerko neuronalnych myszy naelektryzowało się jak powietrze przed burzą. Kapitan zaczął przemierzać niewielką wyspę długimi susami, starając się nie deptać żytniego dywanu. Trochę się zachmurzyło, a z pierzastych rondelków zaczęła kropić orzeźwiająca manna wirująca jak płatki śniegu w podmuchach wzmagającego się wiatru. Cooker coraz intensywniej wpatrywał się w dryfującą nieopodal Pszen. Wyspa miała osobliwy dwudzielny kształt, przypominający trochę motyla. Południca miała nadzieję, że przybysz patrzy na nią i nawet otrzepała swoją spłowiałą zapaskę i poprawiła zmierzwione włosy. Nieświadomie pomogła jednak kapitanowi, który mimowolnie próbując skopiować kunsztowne strofy młodszego Otrębusa, wspiął się na wyżyny swych umiejętności rymowania: „Południca, południca… Miednica…”. Neuronalne myszy rozmnażały się w zatrważającym tempie. Cooker raz jeszcze szybko obskoczył Żyto wzdłuż i wszerz. Wysepka, na której wylądował, miała owalny kształt, a jej powierzchnia była lekko wypukła. Najpierw zgiął lewą nogę, a później prawą, naciągając kombinezon w kolanach.
Kapitan zrozumiał, że ani staro, ani nowo, ale po prostu najzwyczajniejsi żytni kosmici, istniejący przez swą zbożowość, uosabiający się w kłosach i trawach, nie stworzyli dwuwyspy, ale raczej w niej się ucieleśnili. „Istot jest tyle, co ziarna w dobrym spichlerzu” – popiskiwały neuronalne myszy. Ich cienkie głosiki zagłuszył znajomy dźwięk.
– Ku-ku-rydzaaaa… – zapiał niby-bażant. – Uważaj na popcorn. Często bywa zbyt słony – przestrzegł skrzekliwie i sfrunął z gracją w zakrzywiającą się przestrzeń. Południca zniknęła, a oczom Cookera ukazały się drapane szumem nieba owsiane, o ile dobrze rozpoznał z daleka kształt kłosów, plecy z lekką skoliozą. Nie mógł doczekać się, aż odkryje cały archipelag anatomicznych atoli w oceanie przestworzy. A potem zrobi furorę na akademickich dożynkach.

R. Helix (tekst)
Admiratorka absurdu i ironii oraz mistrzyni drugiego planu. W konsekwencji nielegalnych eksperymentów medycznych jedyna przedstawicielka gatunku ludzkiego, w której żyłach płynie seledynowa krew; autorka bestsellerowej powieści pt. Chlorokruoryna. Między kobietą a wieloszczetem bogatej w wątki autobiograficzne. Niedawno odkryła, że jej włosy nie fotosyntezują jesienią. Można je wtedy przefarbować, najlepiej na fioletowo.

Nasta Martyn (grafika)
Kiedyś byłam ptakiem, to całkiem możliwe, bo moja mama mówiła, że żyłam w kwiatach, szkarłatnych i niebieskich. Prawdopodobnie miało to też coś wspólnego z tyczkami, kwiatami, farbami. Właściwie nie pamiętam co. Zaczęłam wcześnie pisać i rysować, a potem nagle wzięłam igłę i zaczęłam przyszywać pióra do materiału, tworząc ptasi strój. Niektórzy mówią, że chcę uszyć sobie spadochron.
