Kiedy nad kotem zbierają się czarne chmury, stado srok próbuje dojść swego, zagadać los. Gdy się ostatnio takie zebrały, matka wysłała młodą.
– Idź popatrz, co tam się stało.
Wysłała dziecko, bo ludzie gadali, że wypadek. Sama nie szła oglądać, lecz dziecko na rowerze wysłała, bo ojciec nie wrócił z pracy.
Sroki co rusz podlatywały do kota i weryfikowały swoje siły i możliwości. A on stał pośrodku niepewnie, bo pierwszy raz w życiu atakowały go ptaki.
Młoda na drodze najpierw zobaczyła skupisko ludzi. Już stali przygwożdżeni do ziemi, zamurowani. Obaj starsi bracia stali jak słupy soli, jakby niepotrzebnie się odwrócili w drodze powrotnej z Hadesu i wtedy wszystko się stało.
Huk jak uderzenie w poduszkę pełną pierza, która leci wysoko w górę, a następnie opada na asfalt. Po drodze traci buty; leżą rozsypane w dość dużych odstępach. On widzi wszystko w lusterku i od razu wie: jeśli ktoś wypada z butów, to jakby z życia wypadł. Nie ma już dla niego ratunku. Więc biegnie tylko, unosi jej głowę, zbiera z asfaltu rozsypane włosy. Części ciała nie chcą współpracować, nieskładnie rozchodzą się na boki, a on mówi do niej najpiękniej, jak potrafi, delikatnie i głaszcze ją po włosach. Wie, że ani jej ojciec, ani matka nie zdołają dobiec. Ostatnie, co dziewczynka zobaczy, to jego twarz, więc gładzi jej czoło i mówi: „Wszystko będzie dobrze”.
Słońce stoi wysoko na niebie; bracia już po drugiej stronie drogi. Oni przebiegli, wprost spod koła jadącego z naprzeciwka samochodu wywinęli się śmierci o jedno mrugnięcie. Drugi kierowca, jeszcze w szoku, chodzi w kółko, wyrywa włosy z głowy, kładzie się na drodze i czeka na Boga.
W autobusie wciąż siedzą zamknięte dzieci. Siedzą i patrzą w okna jak ryby w akwarium, co się będzie działo. Oniemiały na tę scenę. Nikt ich nie pilnuje. Te, które przeszły na drugą stronę, biegną do domów.
Młoda jedzie na rowerze. Mijają ją. Mają grozę w oczach. Dojeżdża i widzi ojca klęczącego na ulicy, z głową tej dziewczynki w dłoniach. Głową, która się rozpada, pęka. Leci mu przez ręce.
– Jedź do domu! – krzyczy ojciec.
A sam czeka na karetkę, czeka na policję. Jeszcze nie wiadomo, jak znaleźć winnego. Za chwilę otoczą go łańcuchem pytań. Czy zatrzymanie to było poprawne? Czy procedura wysiadania została zachowana?
Młoda jedzie do matki. Jedzie trzymać jej nogę, która już się trzęsie na stołku, podskakuje. Lepiej byłoby uniknąć tego dnia. Dnia, w którym coś się naprawdę zepsuło.
Na pogrzeb wysłano dziewczynki. Będą patrzeć na otwartą trumnę. A w niej na ciało ich koleżanki idące we wszystkich kierunkach, z twarzą pomalowaną na kolor człowieka.
Gdy przestępują próg domu, głosy milkną; nikt go nie oskarża, a jednak. Sroki próbują zagadać los.

false friend (tekst)
Nigdy niczego nie pisze, wciąż tylko sprząta, wyciąga i sprząta wysypujące się z zakamarków treści. Nie wiadomo, skąd to się bierze, osiada jak kurz na wszystkich powierzchniach, także tych zdigitalizowanych. Żyje w przekonaniu, że nie ma przed tym ucieczki. Co do osiągnięć – sobie nie przypomina. Tryb życia stały, stan ciekły.

Rita Karmensita (grafika)
Nie lalunia i nie babunia. Coś pomiędzy dziką praliną a maliną. Piękna i nieskazitelna. Jej fioletowy odcień skóry zwabia mlaskanie publiczności. Prywatnie łagodnie puszysta w smaku, smaczna.
