Graliśmy w Scrabble na tarasie oświetlonym słabą lampą, której klosz rozpraszał światło we wszystkich kierunkach.
Z naszego JBL-a leciała playlista z salsą. Guiro wybijało rytm jak kolejny świerszcz, pojawiła się trąbka z wezwaniem do tańca i w tej samej chwili bębny, którym nie dało się oprzeć. Cały wszechświat dźwięków, pomiędzy którymi pełen tęsknoty głos śpiewał o miłości.
Zatopiony w leżaku i gorącym powietrzu, niewzruszonym choćby przez delikatny podmuch wiatru, poruszałem na przemian biodrami w rytmie: raz. Dwa. Trzy. Pięć. Sześć. Siedem. W prawej ręce trzymałem jeden z tych ogromnych kieliszków, do którego można wlać całą butelkę wina. Wypełniony był Malvaziją i kostkami lodu. Drugą wsparłem się o stół i bezcelowym ruchem chwytałem pomiędzy palec wskazujący a kciuk płytkę z literą. Przesuwałem ją na początek i znowu tym samym ruchem wracałem po kolejną. A tak naprawdę próbowałem nadążyć za rytmem i liczyłem w głowie. Raz. Pięć. Raz. Pięć.
Co jakiś czas przerywałem przesuwanie płytek, żeby przyjrzeć się kropli, która odrywała się od wilgotnej krawędzi kieliszka i spływała po moim udzie na kamienną posadzkę tarasu. Wtedy też zerkałem na nią, jak pochylona w skupieniu, wzrok miała utkwiony pomiędzy podstawką z literami a planszą.
Kątem oka widziałem jej literki: z, ą, m, ć, b, ź, ż.
– Ułożyłaś? – zapytałem. A tak naprawdę patrzyłem na nią tęsknym wzrokiem i chciałem zapytać, czy zatańczymy. Rozsypiemy tę namiastkę życia z wątpliwymi zasadami. Zepchniemy stół ze schodów i na ostatnim otwartym parkiecie dzisiejszej gorącej nocy będziemy tańczyć do rana. Żeby następnego dnia przespać dzień pod parasolem z szumem fal obijających się o skaliste wybrzeże w tle. I z wzrokiem utkwionym przed siebie, próbować rozbudzić się kolejną filiżanką espresso.
– Myślę – odpowiedziała.
„La Vida Es Un Carnaval” – śpiewała Celia w tle.
Pogładziłem ją po ramieniu, ale nie zareagowała, dalej w skupieniu szukała jedynego właściwego ruchu.
Wychyliłem wino. Poczułem przyjemny chłód, a po chwili kwaśny posmak, po którym zamknąłem oczy. Rozpływałem się.
A zaraz potem przygniótł mnie głaz. Nie miałem jak wrócić. Już sunąłem po przestworzach kosmosu. Początkowo leciałem wolno. Przez małe okrągłe okno widziałem tańczące postaci. Raz. Dwa. Trzy. Pięć. Sześć. Siedem. Za każdym ich ruchem podążały rozmazane, jaskrawe smugi światła, które przeplatały się jak różnokolorowe wstęgi. Raz. Na wyraźne uderzenie bębna przyśpieszyłem. Raz. Sze… Sie… Zgubiłem rytm. Wstęgi zamieniły się w kolorowe punkty. Pięć. Znów się pojawiły. Raz. Znów zniknęły. I coraz szybciej. RAZ. RAZ. RAZ. RAZ. Aż zniknęły całkowicie.
Nie widziałem już nic. Poczułem ścisk w gardle i mój mózg zaczęła zgniatać prasa hydrauliczna.
Znalazłem się pod wodą. Tonąłem. Wszystko wokół spowolniło. Przez krótką chwilę czułem się błogo, dopóki moich ust nie wypełnił słony smaki Adriatyku. Z przerażeniem uświadomiłem sobie, co się ze mną dzieje. Otworzyłem oczy i zacząłem ciężko oddychać.
W oddali słychać było śpiew pijanych turystów wracających z imprezy. Musiało być już grubo po pierwszej w nocy.
– Ułożyłam – powiedziała.
– Nie widzę – zmrużyłem oczy jakbym faktycznie dopiero co skończył nurkować w słonej wodzie.
Rozsunęła palcami dwie płytki: z i m.
– Przestworzy – Z – M.
– Mhm.
– Kurwa! Przecież nie ma czegoś takiego.
Nic sobie z tego nie zrobiła. Rozłożyła oparcie leżaka ogrodowego i wyjęła z mojej dłoni kieliszek wina, z którego piła łapczywie jak wodę po wyczerpującym biegu.
– Sprawdzasz?
Spojrzała na mnie pustym wzrokiem. Bez najdrobniejszego ruchu w kącikach ust, który mógłby wskazywać, że zaraz się uśmiechnie albo powie: daj spokój, to tylko zabawa.
Nacisnęła przycisk awaryjny. Stop. Świat w jednej chwili się zatrzymał. Salsa w tle przestała grać. Chwyciłem jedną z moich płytek i zacząłem powoli obracać pomiędzy palcami w nadziei, że coś znów drgnie. Przerwiemy i zaczniemy tańczyć.
– Czyli nie – podsumowała i chwyciła kartkę, żeby dodać punkty. – Wygrywam.
Zamknęła oczy. W jednej chwili zostałem sam, jakby piorun z przestworzy przeszedł przeze mnie do samego wnętrza Ziemi i zatopił mnie w tym wąskim wycinku przestrzeni. W bezruchu przesuwałem wzrok pomiędzy podstawką z literami a planszą.
W głowie mi szumiało, a wszystko co widziałem to same: ż, ź, ł, ń, ś, ą, ć.

Paweł Obarzanek (tekst)
Siedzi całymi dniami przy płocie na chybotliwej, zbitej z desek ławce. Pomiędzy kolejnymi dolewkami kawy z największej dostępnej kawiarki patrzy raz w prawo, raz w lewo i obserwuje, co się dzieje na wiosce. Czasami wstaje i spisuje swoje głębokie myśli w notatniku Moleskine (jakby to miało w czymkolwiek pomóc).

Rita Karmensita (grafika)
Nie lalunia i nie babunia. Coś pomiędzy dziką praliną a maliną. Piękna i nieskazitelna. Jej fioletowy odcień skóry zwabia mlaskanie publiczności. Prywatnie łagodnie puszysta w smaku, smaczna.
