nie jedynie wzrost maleńki, na skali “tipi-cipu” plasujący się – o dziwo! – bliżej “tipu”, wyróżniał profesorra gregorra matadorra spośród innych farmerskich wynalazców. pozostałe cechy fizyczne lepiej będzie przemilczeć, a pozwolić mówić genialnym tworom jego wyobraźni oraz wieloletniej naukowej pracy. och, jakże on skrócił ludzkie męki kuchenne, gdy dał światu gotomarchew – korzenie marchwi rosnące w formie już ugotowanej, miękkiej akurat do rozdrobnienia widelczykiem. nie wolno również nikomu zapomnieć o drzewach sałatko-owocowych, rowach irygacyjnych zamieszkałych przez delfiny żywiące się brukselką, czy o jego najsłynniejszym dotąd wynalazku, nagradzanym na całym świecie traktorze kosmicznym. tak, tak, traktory kosmiczne pozwoliły na zaadaptowanie księżycowych kraterów na pola kukurydzy, a pierścieni saturna na milutką otulinę dla galaktycznych roślin. dzięki profesorro g. m. cały układ słoneczny stał się pięknym i bujnym ogrodem, agrorajem dla wszystkich gatunków.
nikogo więc nie powinno dziwić zainteresowanie, z jakim wyczekiwano tegorocznych targów rolnictwa & ogrodnictwa w szwajcarskiej genewie, gdzie profesorro miał zaprezentować to, nad czym pracował przez ostatnie dwanaście miesięcy. czy będzie to kolejne wielofunkcyjne narzędzie do współpracy ze szkodnikami, a może jeszcze słodsza odmiana selerotruskawki? prace profesorro g. m. otoczone były aurą tajemnicy, a każdy, kto zdobył choć skrawek informacji, od razu wysyłany był na banicję na plutona (to jedyne miejsce w układzie słonecznym, gdzie wynalazki p. m. g. z powodu przedłużających się pertraktacji handlowych jeszcze oficjalną drogą nie dotarły).
już w dniu poprzedzającym prezentację szmery w hali nasilały się do tego stopnia, że całkowicie zagłuszyły występ marsjańskiej diwy chlorofilli von pesticido, zaproszonej tu przez samego amerykańskiego prezydenta. śpiewała ona swoje największe botaniczne przeboje do tłumu odwróconych pleców, pancerzy, żądeł i wyrostków kręgowych. jednak jako że na szczęście nie znała ziemskich zwyczajów, odebrała to jako oznakę szacunku i miłości.
ostatecznie nadszedł ten najważniejszy moment. na scenę w blasku reflektorów zaparkowanych obok ciągników wszedł sam profesorro, usiadł pod wielkim szkłem powiększającym, aby móc być przez każdego dobrze widzianym i odkaszlnął kilkanaście razy. po ostatnim gromkim charknięciu dołączyła do niego na scenie wielka krowa, z początku wyglądająca na tyle zwyczajnie, że przez halę przetoczył się szmer, tym razem wyrażający niemałe rozczarowanie. krowa jednak po chwili rozpostarła potężne dinozaurze skrzydła i uniosła się wysoko ponad tłumem, mucząc przy tym melodyjnie i kusząco.
- szanowni goście, unieście wysoko wasze szklanice, niech napełnią się pysznym napojem! – z uradowaniem krzyknął p. g. m. – zapomnijcie o mozolnym dźwiganiu mleka w kartonach ze sklepu, o uciążliwym segregowaniu odpadów! od teraz wystarczy wyjść na dwór i czekać na podniebną dostawę! prosto do waszych kubków z poranną kawą, prosto do waszych rondli z owsianką! krowia usługa kurierska, od dziś na każdym niebie, przy każdej pogodzie!
nie czekając na koniec słów profesorro, do pierwszej krowy dołączyły kolejne i zaczęły z zaskakującą precyzją napełniać wystawione wysoko ponad głowami widowni szklanki.
- mleczny deszcz! mleczny deszcz! – krzyczano.
- mleczny prysznic! – odkrzykiwano z drugiej strony.
był to piękny i niezapomniany widok. ponad głowami gości unosiło się kilkadziesiąt krów, a każdy obecny na hali rozkoszował się białym napojem, niektórzy zaczęli domagać się napełniania innych naczyń, ich pragnienie nie miało końca. w całym genialnym planie i wynalazku p. g. m. niestety zapomniano o jednym istotnym szczególe – krowie muczenie i łopot ich wielkich skrzydeł zaczął wprawiać ściany budynku w drgania. początkowo odłączył się szklany dach i uniósł na setki kilometrów w górę kolejnych warstw atmosfery. za nim po kolei wyleciały wszystkie krowy, ruszając daleko w przestworza. ściany hali pozostały jednak w rytmicznym drganiu i wszystkie na raz obaliły się, przygniatając całą publiczność i powodując monumentalny mleczny plask. z hali targowej w szwajcarskiej genewie pozostała jedynie ruina, coraz bardziej nasiąkająca białym płynem, podczas gdy wysoko nad nią niosło się muczące zawodzenie kurierskie, a zaskoczeni mieszkańcy okolicznych miast nie mogli się nadziwić nowemu rodzajowi opadów atmosferycznych.
- mleczny deszcz? – dziwiono się i nieśmiało wystawiano przez okna dzierżące kubki ręce.
- mmmm… pycha!

chips sukcesu
(zgodnie z ruchem wskazówek zegara) ręka, noga, noga, ręka.

Nasta Martyn (grafika)
Kiedyś byłam ptakiem, to całkiem możliwe, bo moja mama mówiła, że żyłam w kwiatach, szkarłatnych i niebieskich. Prawdopodobnie miało to też coś wspólnego z tyczkami, kwiatami, farbami. Właściwie nie pamiętam co. Zaczęłam wcześnie pisać i rysować, a potem nagle wzięłam igłę i zaczęłam przyszywać pióra do materiału, tworząc ptasi strój. Niektórzy mówią, że chcę uszyć sobie spadochron.
