– Łap pani za ogór. Zielony i jędrny niczym wąż ogrodowy!
– Co mi pan tu będziesz farmazonił. Rzepę kupić przyszłam. Pół kilo niech zważy.
– Halo, halo, komu truskaweczki, buraczki, ziemniaczki?
– Sraczki!
– Co proszę?
– Żebyś nie dostał!
– Palant! Co pani szanowna sobie życzy?
– Marchew. Tylko bez naci, pan urwie.
– A to mięso to świeże jest?
– A jakie ma być? Prosto z krowy.
– Będę winna grosik.
Dźwięki i kolory mieszały się, rozbłyskując w punktach styku. Targowisko huczało od wczesnych godzin porannych, a czas upływał w sprzedanych jajkach i starannie odmierzonych gramach twarogu. Na straganach pyszniły się krągłości pomidorów i bujności koperkowo-pietruszkowe. Stali bywalcy wymieniali ploteczki, zezując na wystawiony towar. Niewtajemniczeni i goście ograniczali się do wypełnienia ścieżki zakupowej. Zabiegani rodzice z małymi dziećmi wpadali na targ jak po ogień, wychodząc z zakupami na cały tydzień. Ci, co mieli więcej czasu i potrzeb, godzinami przeczesywali stragany w poszukiwaniu bananów o olimpijskiej krzywiźnie i niezmacanych bułek.
„Wybierz mnie!” – zdawały się całym korzeniem lub nacią wołać warzywa, świadome swojej przemijalności i rychłego uwiądu. Z dwojga złego wolały finisz w układzie trawiennym niż na śmietniku.
Nie wszyscy jednak mieli parcie na talerz. Kiszona kapusta nie musiała się nigdzie spieszyć. Szanowana bez względu na porę roku, stanowiła constans słowiańskiego kulinarnego uniwersum. Na całym targowisku tylko kilka straganów miało jej zapas w wielkich drewnianych beczkach, ale to zupełnie wystarczyło, aby utrzymywać przez cały rok ekosystem miotany sezonowymi przypływami i odpływami warzywno-owocowymi.
– Jasny gwint, znowu lać będzie! Leć, Heniek, szybko po ziemniaki i do auta!
– Jeszcze mi pan spakuje dwa pory.
– Jedne panu nie wystarczą? He, he!
– Chce pani truskawek? Suche to ładniejsze.
– Biorę.
– Potrzymaj mi parasolkę, muszę chleb czymś przykryć.
Lunęło. W miarę przypływu następował odpływ. Szum deszczu wypierał gwar rozmów i klientów. Sprzedawcy sprawnie rozciągali plandeki, sprawdzali rzetelność zadaszeń, a warzywa i owoce na chwilę się odprężyły, nie musząc cieszyć oka.
Targowisko zamarło i z uwagą wpatrywało się w niebo.
I tylko kiszona kapusta pod drewnianym wiekiem niezmiennie nic nie musiała.

Daga Bożek vel Anastazja Filipowna Fokina
Uważa, że szczęście liczy się w fokach, a w trudnych życiowo momentach nie spada się na cztery łapy, tylko uroczo toczy po foczemu, co zdecydowanie ułatwia przetrwanie. Nie potrafi iść ulicą bez czytania ogłoszeń na słupach, tablicach i wiatach przystankowych, co wywołuje frustrację z powodu zagubionych przecinków i znaków diakrytycznych, ale ostatecznie odczuwa radość ze zdobytej wiedzy.
