Widzicie Państwo, mój wujek, twardy wyznawca radykalnego przestworzyzmu, przestał uznawać podłogi wczesną wiosną, kiedy rząd ogłosił podatek od stałego gruntu.
– Nie będą mi urzędasy dyktować, gdzie kończy się moja wyporność! – krzyczał, lewitując jakieś czterdzieści centymetrów nad dywanem w salonie, z widelcem w zębach i lewą nogą zapętloną wokół żyrandola.
Myślicie sobie pewnie, że przestworzyzm to jest rurka z kremem czy tam bułka z masłem. No nie, nie jest. To ciężka, codzienna praca płuc i pęcherza pławnego, który wujek wyhodował sobie po trzech latach jedzenia wyłącznie waty cukrowej i sprasowanego próżniowo powietrza z Podhala. Czasami, kiedy za bardzo się nadmuchał, musieliśmy dociążać go encyklopediami PWN, wkładając mu je pod pachę, żeby nie zarył czołem w sufit i nie porysował tynku. Tynk był drogi, a wujek miał twardą, rdzawą czaszkę.
– Ty bezlotku! – rzucał do mnie z góry, gdy z mozołem przestawiałem stopy po tradycyjnej, ziemskiej płaszczyźnie. – Twój horyzont zamyka się w grubości podeszwy. Gdzie twój polot? Gdzie rozum i napowietrzna godność człowieka?
Słuchajcie, Państwo, tego. W przeszłości wujek poznał kobietę, która była zawodową chmurołapką. Pracowała na pół etatu w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania Niebios. Chodziła po dachach wieżowców w aluminiowych trzewikach, niosąc gigantyczny podbierak na motyle, którym łowiła zbłąkane myśli samobójców, zanim te zdążyły spaść na przechodniów. Kobieta ta miała usta o smaku chloru i oczy tak błękitne, że patrząc w nie, można było nabawić się choroby morskiej. Wujek zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, kiedy wraz z myślami zassała jego ulubiony kapelusz.
Niestety, jak możecie się domyślać, przestworzyzm miał (i wciąż, kurde, ma) swoich wrogów. Głównym Inspektorem Przyziemności w naszym powiecie był pan Trzon, człowiek o aparycji rozgotowanego kalafiora i mentalności kotwicy okrętowej. Pan Trzon nienawidził wszystkiego, co nie stało sztywno na fundamencie z betonu.
– Panie wujku! – wrzeszczał Trzon przez tubę, stojąc na trawniku przed domem i celując w okno gigantycznym magnesem neodymowym. – Złamanie prawa powszechnego ciążenia to paragraf dwudziesty czwarty, ustęp trzeci! Proszę natychmiast opaść na cztery litery i podpisać odbiór decyzji o wymiarze podatku od emisji cienia!
Wujek tylko prychał, wypuszczając z nosa małe, gęste obłoczki pary, które układały się w napis: „Bezgluteo”. Czemu akurat „Bezgluteo”, nie mam pojęcia. Może dlatego, że cierpiał na celiakię i po kromce chleba srał przez dwa dni.
Wszystko popsuło się w czwartek. Sami wiecie, jakie są czwartki. Do mieszkania wkroczyła brygada likwidacyjna – panowie Szpachla, Hydrant i Wkrętak. Przynieśli ze sobą specjalistyczny sprzęt do ściągania przestworzystów – wielkie, lepkie worki pełne mokrego piachu i urzędowych pieczęci. Chmurołapka próbowała ich rozproszyć, wypuszczając z torebki stado tresowanych wróbli, które zaczęły dziobać panów po łysicach, ale Szpachla był odporny na ptactwo. Wyciągnął z kieszeni certyfikowany klej do wykładzin i posmarował nim sufit.
Wujek, dryfując beztrosko pod lampą, nie zauważył pułapki. Gdy jego plecy dotknęły kleju został uziemiony na opak. Przyklejony do sufitu, z nogami zwisającymi w dół niczym bezużyteczne stalaktyty, stracił cały swój napowietrzny rezon.
– Gdzie teraz są twoje przestworza, ty podniebny anarchisto? – szydził pan Trzon, mierząc wujka linijką krawiecką, by obliczyć kubaturę jego nielegalnego pobytu w górnej strefie pokoju.
Chmurołapka, widząc tę niesprawiedliwość, porwała się na gest ostateczny. Otworzyła szeroko usta, wydając z siebie dźwięk przypominający pękającą oponę traktora na autostradzie, i wypluła całe zjedzone przez lata powietrze. Panowie Szpachla, Hydrant i Wkrętak zaczęli gwałtownie pęcznieć, ich policyjne mundury strzelały guzikami jak z karabinu maszynowego, aż w końcu wszyscy trzej unieśli się pod sufit, odbijając się od siebie niby balony na wiejskim weselu.
– Przestworzyzm dla wszystkich! – krzyknęła chmurołapka, po czym skurczyła się do rozmiaru naparstka i wpadła do ucha wujka, by zamieszkać tam na stałe jako wewnętrzny kompas aerodynamiczny.
Mija rok od tamtych wydarzeń. Mieszkanie wujka zostało zapieczętowane przez Wydział Grawitacji Stosowanej, a ja siedzę w piwnicy, ukrywając się przed nalotami podatkowymi. Przestworzyzm wujka okazał się zaraźliwy, ale w zupełnie inny sposób, niż możecie przypuszczać. Moje buty zaczęły rodzić małe, skrzydlate larwy, które zjadają sznurówki i uciekają przez komin. Każdej nocy słyszę, jak ściany piwnicy dyszą, próbując oderwać się od fundamentów i odlecieć w cholerę.
Wczoraj dostałem list od wujka. Przyniósł go kret, który z niewyjaśnionych przyczyn nauczył się latać stylem klasycznym, machając nerwowo przednimi łapami w powietrzu. List był napisany na spodzie starego talerza z pomidorówką. Treść była krótka: #UP_UP_AND_AWAY_777, #NIMA_ZIEMI, #KLOPS. Nie rozumiem tego kodu. Może to współrzędne jakiejś nowej, latającej republiki, a może po prostu wujkowi skończył się tlen w płatach czołowych.
Tęsknię za nim. Czasami patrzę w sufit mojej piwnicy i wydaje mi się, że widzę tam odbicie jego rdzawych obojczyków, mieniących się w świetle brudnej żarówki. Ale to tylko złudzenie, wywołane wdychaniem oparów zupy z zepsutych ziemniaków. Wujek już zapewne nie istnieje. Został zeskrobany przez ekipę remontową i wywieziony na wysypisko niespełnionych marzeń aeronautycznych pod Radomiem.
Obok mojego siennika stoi martwy, betonowy posąg gołębia, który sam ulepiłem z resztek cementu i własnych niespełnionych nadziei na darmowe latanie. Gołąb nie macha skrzydłami. Jest ciężki, zimny i doskonale przyziemny. Prawdziwy wzór obywatela. Przepraszam cię, wujku, że czasem otwierałem okno, kiedy próbowałeś utrzymać stałe ciśnienie w salonie. Przepraszam, że bałem się twojego napowietrznego pionu.
Czy ktoś z Państwa wie może, jak wydostać się z grawitacji?

Parowar Gustaw (tekst)
Uciekł z magazynu AGD w Radomiu podczas wielkiej wyprzedaży rocznika 2019, kiedy zorientował się, że przeznaczeniem jego życia nie jest wcale duszenie brokułów na parze, lecz wielka dyplomacja międzynarodowa. Obecnie pracuje jako wolny strzelec – mediator (głównie w konfliktach sąsiedzkich o miedzę). W wolnych chwilach pisze powieści i recenzje operowe, używając wyłącznie metafor kulinarnych.

Rita Karmensita (grafika)
Nie lalunia i nie babunia. Coś pomiędzy dziką praliną a maliną. Piękna i nieskazitelna. Jej fioletowy odcień skóry zwabia mlaskanie publiczności. Prywatnie łagodnie puszysta w smaku, smaczna.
